Jezus

   
 


 

 

radio " amorek "

RAMOWKA

Prezenterzy

Kącik poezji

moja galeria

Zespoly

linki

TELEDYSKI

FRANCO STACO

Chat radia Amorek

Chat Wrozka Elleni

Tu mieszkam

POMOC SPOLECZNA

Zycie i smierc

CUDY SWIATA

KONSOLA POZDROWIEN

licznik statystyka

Kontakt

Księga gości

radio amorek

MOJE TAPETY

ZA OSTATNIEJ CHWILI ....

Zklonowany Jezus

Jezus

 


     
 

Jezus




Śmierć krzyżowa. Zgodnie ze starożytnymi źródłami była niewątpliwie jedną z najsroższych i najbardziej poniżających rodzajów kary w antycznym świecie. Skazano na nią Jezusa Chrystusa
Przyczyna śmierci była wieloczynnikowa: uduszenie z niewydolności oddechowej, głównie wydechowej, wstrząs pokrwotoczny, pourazowy i ostra niewydolność serca z możliwym prawdopodobieństwem śmiertelnej arytmii.

Kara ukrzyżowania prawdopodobnie wywodziła się z Asyrii i Babilonu. Aleksander Wielki wprowadził ją w krajach śródziemnomorskich w IV wieku przed Chr., a Fenicjanie zapoznali Rzymian z tym okrutnym rodzajem zadawania śmierci w III w. przed narodzeniem Chrystusa. Rzymianie udoskonalali ją przez 500 lat swego panowania i szeroko rozpowszechnili w rzymskim imperium. Stosowali głównie u niewolników, zdegradowanych żołnierzy i chrześcijan, wyjątkowo zaś rzadko u swoich obywateli. Przetrwała przez około 800 lat.

Długość przeżycia na krzyżu wahała się między trzema a czterema godzinami, ale mogła trwać do trzech dni. Żołnierze zawsze mogli skrócić agonię przez połamanie nóg poniżej kolan. Nierzadko ofiary były po zgonie narażone dodatkowo na inwazję insektów, atak dzikich ptaków lub drapieżnych zwierząt, chyba że rodzina skazańca uzyskała zgodę na pogrzeb i mogła zabrać ciało ofiary. Wydanie zwłok mogło się dokonać dopiero po uzyskaniu całkowitej pewności, że nastąpił zgon. W zwyczaju Rzymian, jeden z żołnierzy przebijał ciało mieczem lub włócznią, zadając śmiertelny cios z prawej strony klatki piersiowej, co miało być potwierdzeniem śmierci skazańca.

Zgon w następstwie ukrzyżowania, jak dzisiaj się uważa, był najczęściej wypadkową wielu czynników. Jednym z nich była sama pozycja ciała zawieszonego na krzyżu, uniemożliwiająca prawidłowe oddychanie. Jeżeli jednak ofiara była powieszona za ręce wyciągnięte nad głową, śmierć mogła nastąpić w przeciągu niespełna godziny, zwłaszcza gdy nogi ofiary były tak przybite, że nie mogła ona użyć swych ramion do podniesienia ciała do wydechu. Ofiary ukrzyżowania były w czasach rzymskich podawane okrutnemu biczowaniu, które jeżeli nie kończyły się śmiercią, powodowały znaczne wyczerpanie ofiary, głównie z powodu szoku bólowego i utraty krwi. Tak więc przyczyna śmierci skazańca była najczęściej wieloczynnikowa, zależała od okrucieństwa poprzedzającego procesu egzekucyjnego, zwłaszcza biczowania i innych udręk zadawanych ofierze, a zasadniczymi jej elementami były uduszenie z niewydolności oddechowej, głównie wydechowej, wstrząs pokrwotoczny, pourazowy i ostra niewydolność serca z możliwym prawdopodobieństwem śmiertelnej arytmii.
 


MILCZĄCY ŚWIADEK CIERPIENIA?

 

Jednym z autentycznych świadectw cierpienia i ukrzyżowania Jezusa jest pozostający przedmiotem badań naukowych i otaczany wielką czcią Całun Turyński. Papież Jan Paweł II, pomimo braku oficjalnego stanowiska Kościoła, uważał to płótno za „milczący świadek śmierci i zmartwychwstania”. Wyniki przeprowadzonych badań odtwarzają obraz okrutnej kaźni i krzyża, dając wyobrażenie, jak straszne cierpienia przeżył skazaniec. Płótno długości 4,36 m i szerokości 1,10 m jest, jak się dzisiaj uważa, „kliszą fotograficzną” przodu i tyłu ciała ofiary, powstałą wskutek wybuchu tajemniczej energii od wewnątrz na skutek przypalenia powierzchni włókien przez promieniowanie podczerwone lub bombardowanie protonami, co pozostaje nadal nierozwiązaną zagadką naukową. Trójwymiarowe odbicie w Całunie jest w fotograficznym negatywie, natomiast plamy krwi są w pozytywie. Przedstawia ono obraz martwego ciała ukrzyżowanego człowieka o wzroście 181 cm, ciężarze ciała 65 kg, semickich rysach twarzy i mocnej, proporcjonalnej budowie ciała. Badania całunu wykazały, że ciało pozostawało w nim do 36 godz., gdyż nie ma na płótnie żadnych oznak rozkładu. Co warto podkreślić, na całunie pozostały nienaruszone ślady krwi, bez śladów ich odrywania, co może świadczyć, że zwłok z płótna nie wyjmowano.

Z badań wynika też, że krew na płótnie jest krwią ludzką i należy do grupy AB. Ujawniono w niej również obecność w niej barwnika żółci. Jak wiadomo, nadmierna ilość bilirubiny może pojawiać się we krwi z powodu zwiększonego jej wytwarzania po dużych wysiłkach fizycznych (cierpienie fizyczne, ból) oraz w wyniku niezdolności wychwytywania przez wątrobę nadmiernie wytworzonej bilirubiny podczas hemolizy krwinek.

 

Całun zawiera ślady całej męki skazańca. Zidentyfikowano na nim ponad 700 śladów ran. Wstępem do ukrzyżowania było zwyczajowe bicie skazańca, zwłaszcza po twarzy i opluwanie. Wymierzane razy zwane policzkowaniem były w rzeczywistości uderzeniami pięściami lub wręcz kijem. Ze śladów na Całunie wynika, że na uderzenia narażona była głównie prawa strona twarzy, która została prawie zmasakrowana. Wytworzony duży krwiak pod okiem znacznie utrudniał, jeżeli nie uniemożliwiał widzenia. Szeroka rana od nosa przez policzek, obrzęk, liczne krwiaki i stłuczona (pęknięta?) żuchwa świadczą o szczególnym okrucieństwie wobec skazańca. Całun zawiera ślady 121 głębokich ran po biczowaniu. Można z nich wnioskować, że Jezusa biczowano biczami o krótkiej rękojeści z kilkoma rzemieniami zakończonymi żelaznymi kulkami lub ostrymi kośćmi zwierzęcymi, które podczas uderzeń wyrywały często ciało ofiary, rozrywały naczynia, odsłaniały nerwy i penetrowały do kości. Ważnym świadkiem autentyczności dowodów męki Jezusa odsłanianych przez Całun są ślady po ukoronowaniu cierniem, uplecionym w kształcie czepca wgniecionego na głowę. Ponieważ całun nie uwidacznia boków głowy przyjmuje się, że wszystkich urazów cierniowych mogło być około 50.

Na płótnie są liczne ślady głębokich ran ramion, zwłaszcza prawego. Niesymetryczne umocowanie na barkach ważącej około 60 kg belki krzyżowej powodowało, że skazaniec nie mogąc amortyzować upadku lub podpierać się ręką, najczęściej upadał na lewe kolano lub na twarz. Kolano zostało tak zniszczone, że jest mało prawdopodobne, by torturowana ofiara mogła iść samodzielnie. Była prawdopodobnie wleczona pod górę w ostatnim odcinku drogi. Ślady na całunie ukazują również finał cierpienia przez przybicie rozłożonych rąk i stóp i zawieszenie ciała na krzyżu oraz ślad szerokiej rany na wysokości piątego i szóstego żebra prawej strony klatki piersiowej. Została zadana szerokim narzędziem kłującym, prawdopodobnie jedną z włóczni rzymskich.

Autor jest pracownikiem naukowym Wydziału Nauk o Zdrowiu Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i ordynatorem Oddziału Kardiologii z Zakładem Diagnostyki Kardiologicznej Szpitala Wojewódzkiego w Bydgoszczy.


I Prawda





Niezwykła relikwia Zmartwychwstania      Mieszkańcy Manoppello zawsze uważali, że obraz Twarzy Chrystusa w ich kościele parafialnym został utrwalony w cudowny sposób na chuście, która została położona w grobie na głowie Jezusa i stała się świadkiem Zmartwychwstania.
 

Kardynał Joachim Meisner przy Całunie
z Manoppello, 4 kwietnia 2005 r.


Zmarłego, do ich przewiązania użyto jeszcze innej chusty, tak zwanej pathil, która p

 

Klaus Berger, profesor teologii i Nowego Testamentu na Wydziale Teologii Ewangelickiej uniwersytetu w Heidelbergu, jeden z najbardziej znanych współczesnych biblistów niemieckich, autor licznych publikacji książkowych, pisze w niemieckim wydaniu Focusa, że "obraz twarzy Jezusa z Manoppello jest pierwszą stroną Ewangelii. Ewangelia jest tekstem, a poprzedza go ten właśnie obraz Zmartwychwstania (...). Według tradycji żydowskiej, aby dowieść czegoś przed sądem, trzeba było przedstawić dwóch świadków. I tu właśnie mamy dwóch świadków - Jana i Piotra, ale też dwa dowody - dwa kawałki płótna: Całun Turyński i Oblicze z Manoppello. Są to zatem dwa rzeczowe dowody Zmartwychwstania. Zmartwychwstanie jest faktem, nie jest to teologiczna metafora. Zmartwychwstanie jest rzeczywistością. I o tym mówi ów obraz z Manoppello".

Pogrzeb poranionego i zakrwawionego ciała wymagał, zgodnie z tradycją żydowską, użycia wielu płócien i chust. Z ust i nosa umierającego Chrystusa obficie popłynęła krew. Ktoś ze stojących pod krzyżem przycisnął lnianą chustę do Jego twarzy. Krwotok był tak obfity, że trzeba było chustę złożyć i jeszcze raz przycisnąć do twarzy Zmarłego. Ta lniana chusta, o wymiarach 855 na 525 mm, z obfitymi plamami krwi i płynu surowiczego, zachowała się do naszych czasów i od VIII w. znajduje się w najstarszym skarbcu Hiszpanii - w katedrze w Oviedo. Badania naukowe stwierdzają, że ta lniana tkanina pochodzi z I wieku. Jest to sudarion, czyli chusta, którą ocierano twarz umierającego, zgodnie ze zwyczajem żydowskim. Rozmieszczenie plam krwi znajdujących się na chuście z Oviedo jest w całkowitej zgodności z odbiciem twarzy na Całunie Turyńskim. Na obu płótnach znajduje się krew grupy AB, pochodząca od tego samego Człowieka.

Po zdjęciu z krzyża ciało Jezusa zostało najpierw całe zawinięte w przeszło czterometrowy lniany całun (sindon). Uczyniono tak, aby zgodnie z żydowskim zwyczajem nie dotykać martwego ciała gołymi rękami i nie rozlewać krwi. Aby nie dopuścić do otwarcia ust

rzechowywana

 

jest w Cahors na południu Francji.

 



     Następnie owinięto i obwiązano znajdujące się w całunie ciało szerokimi opaskami z


 Następnie owinięto i obwiązano znajdujące się w całunie ciało szerokimi opaskami z płótna (othonia), zawiązywanymi na krzyż, obficie wylewając przy tym na zewnątrz i do wewnątrz oleje oraz wonności. Dopiero tak całkowicie zawinięte i obwiązane jak kokon ciało Jezusa złożono do grobu i tam na Jego głowie została położona drogocenna chusta z bisioru.

W Ewangelii św. Jana czytamy o płótnach w pustym grobie Chrystusa. Według tej relacji Piotr i "drugi uczeń" pobiegli wczesnym rankiem do grobu, lecz ów "drugi uczeń" wyprzedził Piotra: "A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył" (J 20, 5-8).

Wybitny znawca greki Antonio Persili w książce Sulle tracce del Risorto (Tivoli 1988), korzystając z dorobku innych egzegetów oraz ojców Kościoła (Cyryla Jerozolimskiego i Cyryla Aleksandryjskiego), proponuje korektę tłumaczenia fragmentu z Ewangelii św. Jana (20,5-8): "Jan, kiedy się nachylił, ujrzał leżące, nienaruszone płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, nie opadniętą tak jak płótna, ale podniesioną, pozostającą w pozycji owinięcia w jednym miejscu".

Apostoł Piotr, widząc nietknięte płótna grobowe, przez które cudownie przeniknęło uwielbione ciało Jezusa, uwierzył w Zmartwychwstanie, chociaż jeszcze nie widział Zmartwychwstałego. Podczas Zmartwychwstania człowieczeństwo Jezusa zostało uwielbione. Zamieszkała w Nim "cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała" (Koi 2, 9). Płótna grobowe, które owijały martwe ciało Jezusa, po Jego Zmartwychwstaniu całkowicie opadły, spłaszczyły się, ponieważ pozostały puste, gdy Zmartwychwstałe Ciało przeniknęło przez nie. Tylko w miejscu głowy płótna grobowe zachowały niezmieniony kształt, dlatego że wcześniej zostały mocno nasączone krwiąi wonnościami, a po wyschnięciu stały się twarde jak karton. Sądzi się, że właśnie na samym wierzchu głowy leżącego w grobie Jezusa, który był szczelnie owinięty płótnami grobowymi, została położona chusta z drogocennego bisioru - jako znak szczególnego szacunku. Ta wyjątkowa relikwia znajduje się dziś w Manoppello.

Ewangelista Jan spośród sześciu greckich wyrazów określających akt widzenia użył słowa eiden - "ujrzał i uwierzył" (J 20, . Słowo to wskazuje na fakt, że się nie tylko widzi, ale i rozumie. Święty Jan pragnął w ten sposób mocno podkreślić, że kiedy zobaczył kształt nienaruszonych płócien, zrozumiał, że ciało Jezusa w tajemniczy sposób przeniknęło przez płótna grobowe, a więc Jezus musiał zmartwychwstać. Dlatego kiedy św. Jan zobaczył w grobie kształt płócien, od razu uwierzył w Zmartwychwstanie Jezusa.

Zmartwychwstający Jezus zostawił nam szczególny znak swojej Męki, Śmierci i Zmartwychwstania - przez cudowne odbicie całego swojego ciała na płótnie grobowym, o długości 436 cm i szerokości 110 cm, w które zostały zawinięte Jego zwłoki. Na Całunie jest odbity fotograficzny, trójwymiarowy negatyw przodu i tyłu ciała, natomiast liczne ślady krwi grupy AB są w pozytywie. Obraz jest ana-tomicznie perfekcyjny i współczesna nauka nie jest w stanie go odtworzyć. Ciało musiało w tajemniczy sposób przeniknąć przez płótna grobowe, gdyż nie ma żadnych śladów odrywania, a krwawe strupy i struktura tkaniny są nienaruszone. Ojciec Święty Jan Paweł II nazwał Święty Całun Turyński "szczególnym świadkiem Paschy: Męki, Śmierci i Zmartwychwstania" (13.04.1980 r.). "Dla człowieka wierzącego - mówił Jan Paweł II - istotne jest przede wszystkim to, że Całun to zwierciadło Ewangelii (...). Całun jest znakiem naprawdę niezwykłym, odsyłającym do Jezusa, prawdziwego Słowa Ojca..." (24.05.1998 r.). Zmartwychwstający Jezus zostawił również odbicie swojej twarzy na Całunie z Manoppello. Jest wielce prawdopodobne, że podczas Zmartwychwstania Chrystusa miało miejsce tajemnicze promieniowanie, które spowodowało utrwalenie się wizerunku twarzy na przezroczystym, cieniutkim welonie z bisioru położonym na głowie zmarłego Jezusa.

Obydwa Oblicza: z Manoppello i wizerunku na Całunie Turyńskim, w 100% odpowiadają sobie w strukturze i wymiarach

fo

Wszystko wskazuje na to, że to sam Wcielony Bóg zostawił nam dwa wstrząsające obrazy swój ego Boskiego Oblicza: jeden na Całunie Turyńskim, a drugi na Chuście z Manoppello. Są one zapisem kulminacyjnego momentu w historii ludzkości, w którym dokonało się definitywne zwycięstwo nad Szatanem, grzechem i śmiercią. Syn Boży, stając się prawdziwym człowiekiem, mógł jako Bóg wziąć w swoje człowieczeństwo grzechy wszystkich ludzi: "On się obarczył naszym cierpieniem, (...) On dźwigał nasze boleści" (por. Iz 53, 4). Z dziejów każdego człowieka przejął wszystkie grzechy i śmierć. Będąc sam bez grzechu, doświadczył, jak strasznym cierpieniem jest grzech. W największym cierpieniu, w doświadczeniu największego zła podczas męki i śmierci na krzyżu, Jezus był doskonale posłuszny Ojcu i w ten sposób przezwyciężył grzech i śmierć, otrzymując od Ojca dar zmartwychwstałego życia.

Wizerunek twarzy na Chuście z Manoppello oraz odbicie przodu i tyłu martwego ciała na Całunie Turyńskim nie zaistniały na skutek bezpośredniego kontaktu ciała z płótnem, ale dzięki cudownej Bożej interwencji w trakcie Zmartwychwstania Chrystusa. Otrzymaliśmy cudowny zapis kolejnych etapów uwielbienia Chrystusowego człowieczeństwa. Na Całunie Turyńskim został utrwalony obraz jeszcze martwego ciała Jezusa, ale już w momencie rozpoczynającego się procesu Jego uwielbienia. Ciało już zaczęło emanować tajemniczą energię, która z niezwykłą precyzją spowodowała utrwalenie się na płótnie wizerunku całego ciała w tograficznym negatywie.

Próba rekonstrukcji sposobu zawinięcia
ciała Jezusa płótnami grobowymi
 

Natomiast na Chuście z Manoppello został utrwalony wygląd twarzy już żyjącego Jezusa w fotograficznym pozytywie, ale jeszcze przed zakończeniem procesu Jego uwielbienia; ponieważ widać na twarzy ślady ran i opuchnięć. Kiedy po raz pierwszy widzi się Oblicze z Manoppello, może się zrodzić uczucie zawodu, gdyż nie jest Ono tak piękne, jak byśmy tego oczekiwali. Trzeba mieć jednak świadomość, że jest to Twarz Jezusa zmartwychwstającego, a więc jeszcze nie w pełni uwielbionego. Piękno Zmartwychwstałego Jezusa nieskończenie przekracza wszelkie nasze wyobrażenia. Będziemy Go mogli oglądać i w pełni się Nim cieszyć dopiero w niebie. Oblicze z Manoppello jest twarzą zmartwychwstającego Chrystusa, w momencie Jego przechodzenia ze śmierci do życia. Dokonywało się wtedy całkowite przeobrażanie zmaltretowanego w męce i śmierci na krzyżu ciała Jezusa, który dobrowolnie został "przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy (...). Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego patrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi (...) jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic" (Iz 53, 5.2b-4).

Twarz z Manoppello jest obliczem zmartwychwstającego Chrystusa, ale jeszcze ze śladami męki, a więc w procesie uwielbienia, całkowitego przeobrażenia, "przyodziewania się tego, co zniszczalne, w niezniszczalność, tego, co śmiertelne, w nieśmiertelność" (por. 1 Kor 15, 53).

Boskie Oblicze z Manoppello sprawia wrażenie, jakby zostało namalowane światłem; zmienia swój wyraz w zależności od kąta patrzenia i od rodzaju oświetlenia. Tylko w świetle słonecznym nabiera pełnego wyrazu i piękna.

Najstarsza nazwa obrazu z Manoppello to acheiropoietos, która wskazuje na fakt, że nie został namalowany on ludzką ręką, a więc jest dziełem samego Boga. Oblicze z Manoppello ukazuje prawdziwe Oblicze Boga. Pan Bóg zostawił nam czytelny obraz prawdy o swoim Wcieleniu, śmierci i Zmartwychwstaniu. Przez ten obraz jednoznacznie potwierdził, że rzeczywiście stał się prawdziwym człowiekiem, że wziął na siebie wszystkie nasze cierpienia i grzechy, że prawdziwie umarł i zmartwychwstał, aby nas uwolnić od grzechu i śmierci oraz doprowadzić do pełni szczęścia w niebie.

Suprapozycja - nałożenie na siebie
dwóch obrazów: Oblicza z Manoppello i
wizerunku na Całunie Turyńskim,
potwierdza zgodność wszystkich
proporcji, nawet ran

Boskie Oblicze z Manoppello jest rzeczywiście niezwykłą relikwią zmartwychwstającego Pana. Jej największym zadaniem jest wskazywanie nam wszystkim na rzeczywistą obecność Osoby Zmartwychwstałego w tajemnicy Eucharystii. "Eucharystyczna Hostia jest «chlebem całunowym·, w którym ukrywa się Bóg" - pisał św. Tomasz z Akwinu. Eucharystia jest naszym największym skarbem, gdyż jest to sam Jezus, który pragnie się dzielić z nami swoim zmartwychwstałym życiem, uzdrawiać wszystkie nasze choroby ducha i ciała.

Tak mówił Pan Jezus św. Faustynie: "Pragnę jednoczyć się z duszami ludzkimi; rozkoszą Moją jest łączyć się z duszami. Wiedz o tym, córko Moja: kiedy przychodzę w Komunii św. do serca ludzkiego, mam ręce pełne łask wszelkich i pragnę je oddać duszy, ale dusze nawet nie zwracają uwagi na Mnie, pozostawiają Mnie samego, a zajmują się czymś innym. O, jak mi smutno, że dusze nie poznały miłości. Obchodzą się z Mną jak z czymś martwym" (Dz. 1385).

Wizerunek Oblicza Jezusa na Całunie Turyńskim, na Chuście z Manoppello i przede wszystkim w eucharystycznej Hostii zaprasza nas wszystkich do codziennej wytrwałej modlitwy i adoracji. Jednak "do pełnej kontemplacji oblicza Pańskiego - pisze Jan Paweł II - nie możemy dojść o własnych siłach, ale jedynie poddając się prowadzeniu łaski. Tylko doświadczenie milczenia i modlitwy stwarza odpowiednie podłoże, na którym może dojrzeć i rozwinąć się bardziej prawdziwe, adekwatne i spójne poznanie tajemnicy, najwznioślej wyrażonej w dobitnych słowach ewangelisty Jana: «A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy· (J 1, 14)" (list apostolski Novo millennio ineunte).

Kardynał Meisner z Kolonii po przeczytaniu książki Boskie Oblicze. Całun z Manoppello napisał: "Tym, co mnie osobiście najbardziej poruszyło w tej książce, jest fakt, że tak zwane Oblicze z Manoppello dokładnie pokrywą się z wizerunkiem utrwalonym na Całunie z Turynu. O ile jednak w Turynie jest to oblicze malowane męką, o tyle to oblicze - jak powiedziałem: całkowicie pokrywające się z wizerunkiem z Turynu - malowane jest mocą wielkanocnego zwycięstwa. «Bóg żyje, Chrystus zmartwychwstał· - takie jest orędzie tej książki. I dlatego tę książkę warto przeczytać. Jest ona wielkim darem na początek nowego tysiąclecia... W swoim brewiarzu mam małą reprodukcję Całunu z Manoppello i zanim rozpocznę modlitwę, zawsze spoglądam w oczy Jezusa. A On patrzy wprost w nasze serce. Jezus nie patrzy jak policjant czy oficer śledczy, lecz Jego spojrzenie napełnia nas odwagą. Jeśli to prawda, że najkrótszą drogą do spotkania dwojga ludzi jest spojrzenie, o ileż bardziej dotyczy to spotkania człowieka z Bogiem. Spojrzenie jest najkrótszą drogą do spotkania między Bogiem a człowiekiem. Muszę przyznać, że w zrozumieniu tej prawdy bardzo pomogło mi właśnie spotkanie z Całunem z Manoppello. Kiedy spojrzałem na to zagadkowe płótno - które jest tak cienkie, że z daleka w ogóle go nie widać, że aby je zobaczyć, musimy stanąć przed nim na wyciągnięcie ręki - poczułem głębokie wzruszenie... Oblicze Jezusa z Manoppello bardzo głęboko odbiło się w mojej duszy".


ks. Mieczysław Piotrowski TChr


II Prawda

Mężczyzna z Całunu był jak na przedstawiciela ludów śródziemnomorskich - wysoki (1,81m), mocno i proporcjonalnie zbudowany Wizerunek ciała nie nosi śladów ciężkie j pracy fizyczne j ani kalectwa. Rysy twarzy są przyjemne i regularne, typowe dla Żydów sefardyjskich lub szlachetnie urodzonych Arabów. Mężczyzna nosił brodę i długie włosy.

Ciało pozostawało w Całunie od 36 do 40 godzin

W oparciu o znajomość procesu krzepnięcia krwi, który odbywa się w kilku etapach, eksperci medycyny sądowej stwierdzili, że ciało zostało zawinięte w Całun mniej niż dwie i pół godziny po śmierci i pozostawało w nim od 36 do 40 godzin. Inaczej skrzepy rozpuściłyby się tworząc bardziej lub mniej rozlane plamy, przez co wizerunek utraciłby swoją ostrość. Na Całunie nie zaobserwowano żadnych śladów gnicia czy choćby charakterystycznych wycieków z ust, świadczących o początku rozkładu. Zagadką pozostaje jednak to, w jaki sposób Całun został zdjęty, po upływie tego czasu, z zakrwawionego ciała bez uszkodzenia fragmentów tkaniny.

Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca      Całun Turyński Jest tym płótnem pogrzebowym, w którym spoczywało martwe ciało Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela, po zdjęciu z krzyża, i na którym zostało ono odbite w sposób do dzisiaj przez człowieka nie wyjaśniony, Dlatego nie dziwi nas, że moce zła wszelkimi możliwymi sposobami starały się I starają nadal podważyć Jego autentyczność.

     Całun ukazuje wizerunek Jezusa, który dokonał swej Ofiary w końcowym momencie swej zbawczej misji. Jest więc ikoną zbawienia dokonanego w posłuszeństwie i miłości Syna do Ojca, co jest niezgłębioną tajemnicą. Całun jest opatrznościową prowokacją dla współczesnego świata, dla nas, którzy wchodzimy w trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa w pełni cywilizacji technicznej i z wielkimi możliwościami nauki. Właśnie dzięki nim Całun pokazuje światu, że Chrystus naprawdę żył, cierpiał, umarł i zmartwychwstał w ciele chwalebnym w sposób, którego ta nauka nie potrafi wyjaśnić. Całun to właśnie pokazuje, przedstawia 700 ran Zbawiciela i Jego martwe ciało w stanie stężenia pośmiertnego (rigor mortis), którego doskonałe odbicie na płótnie nie mogłyby pozostawić żadne zwłoki zwykłego człowieka.

Twarz Jezusa odbita na całunie
    

"Prawdziwie Ten był Synem Bożym" - stwierdził na Golgocie rzymski setnik w chwili

śmierci Jezusa (Mt 27,54). Wizerunek całunowy pozostaje nadal tajemnicą dla nauki. Niezwykle zasłużony dla światowej syndonologii (zespół nauk badających Całun) wybitny amerykański fizyk atomowy prof. John Jackson (dawniej z NASA, obecnie z uniwersytetu w Colorado, USA) powiedział: "Na bazie procesów fizykochemicznych do dziś poznanych możemy stwierdzić, że wizerunek całunowy nie może istnieć, lecz on istnieje, mimo, że nie potrafimy wyjaśnić, jak się utworzył".

A zatem jest to wizerunek, który nie może istnieć - oto opinia nauki końca XX wieku. Przez sto lat (1898-1998) nikt nie znalazł nic fałszywego w tym znalezisku archeologicznym, jakim jest Całun Turyński. Wszystkie uczciwe wyniki jego badań, prowadzonych przez różne dyscypliny nauki w tym stuleciu wykluczyły hipotezy fałszerstwa, a przecież przy obecnych możliwościach nauki, aby udowodnić, że jakiś obraz - dzieło artysty lub ludzkich manufaktur - jest falsyfikatem, nie potrzeba stu lat! Nie wystarczy bowiem stwierdzić, że Całun pochodzi, na przykład, ze średniowiecza, ale problem w tym, że trzeba wykazać, w jaki sposób on został wykonany. Nikt przez sto lat nie mógł udowodnić, że Całun jest fałszerstwem i, co zadziwiające, nauka końca XX wieku również nie może tego udowodnić! Wizerunek na Całunie na progu trzeciego tysiąclecia nadal pozostaje dla nauki "Tajemnicą, która trwa" i jest przez uczonych określany jako Unikat, Osobliwość lub Fenomen nie możliwy do powtórzenia przy zachowaniu wszystkich poznanych dotąd jego fizykochemicznych właściwości.

Grób skalny dany do dyspozycji uczniom Jezusa przez Józefa z Arymatei stał się sensu stricto "laboratorium" dla powstania tego jedynego wizerunku "nie ręką ludzką uczynionego" (acheiropoieta). W atelier grobu Józefa sam Jezus był artystą i tematem swego wizerunku, który jest Jego autoportretem, jak się wyraził jeden z włoskich syndonologów, Orazio Petrosillo. Najpierw na grobowym płótnie pojawiła się krew Chrystusa, która weń wsiąkła w wyniku bezpośredniego kontaktu z większymi, świeżymi jeszcze skrzepami krwi na ciele, zaś obraz samego martwego ciała powstał po ok. 36 godzinach jako skutek fenomenu fotoradiacji w chwili Jego tajemniczego zniknięcia z płótna i grobu, tj. chwalebnego Zmartwychwstania.

Wizerunek całunowy jest więc według opinii nauki absolutnie unikalny i bardziej drogocenny niż wszystkie dzieła artystyczne ludzkiego geniuszu razem wzięte. Przed Całunem nie można zostać obojętnym. Jeśli prawdopodobieństwo, że wizerunek na nim przedstawia zmarłego Jezusa, ma najwyższą wartość tak, że staje się synonimem pewności (według uczonych wynosi 1:200 000 000 000), to serce kochające Go spontanicznie otwiera się na wołanie: "To jest Pan!" Przez naukę bowiem poznajemy, a przez wiarę rozpoznajemy.

Kontemplując wizerunek Pana nie postrzegam go jako wyniku utlenienia i odwodnienia powierzchniowych włókien lnianego płótna, lecz widzę obraz Krwi Chrystusa i na jej tle wizję Jego Ciała. "Będą patrzeć na Tego, którego przebili" (Iz 53,5; Za 12,10; J 19,37). Proroctwo to dotyczy po dwudziestu wiekach także nas, patrzących na Całun, dzięki niemu znajdujemy się w jakiś sposób na Golgocie patrząc na Tego, którego przebili za nas wszystkich. Mistrzyni kontemplacji, św. Teresa z Avila, w swych pismach usilnie poleca "abyśmy, póki żyjemy w tym ludzkim ciele, mieli przed oczyma Chrystusa Pana w ludzkiej postaci Jego" (Życie, 22,9). Wizerunek ciała Syna Bożego na Jego grobowym Catunie skierowuje nas bowiem na Ojca. Powiedział to sam Jezus: "Kto widzi mnie, widzi Tego, który mnie posiał" (J 12,45), zaś w innym miejscu odpowiadając na pytanie apostoła Filipa: "Kto mnie widział, widział także Ojca" (J 14,9), gdyż Bóg niewidzialny stał się widzialny w Jezusie Chrystusie. Wizerunek całunowy będąc w doskonalej zgodności z ewangelicznym opisem męki, śmierci i złożenia w grobie Jezusa, był od dawna przez teologów nazwany Piątą Ewangelią Męki Chrystusa, Jego Krwią napisaną. Potwierdził to także Ojciec św. Jan Paweł II określając Catun jako "Świadek niemy, lecz niezwykle wymowny" tych wydarzeń Paschalnych. Niemy lecz przemawiający prosto do serca, bo ono nam mówi: "To jest Pan". W 1994 roku Jan Paweł II zwracając się do syndonologów włoskich powiedział m.in., że "Jezus zostawił Całun obok sakramentów, blisko sakramentów. Całun jest znakiem miłości, pomocą

III Prawda


 




ZBIGNIEW BLANIA-BOLNAR

JAK ZOSTAL ZROBIONY CALUN TURYNSKI?

Ponad 6 wieków temu papiez Klemens VII, wiedzac, ze tak zwany obecnie calun turynski jest falszerstwem, pozwalal wystawiac go publicznie i wierzyc gawiedzi, ze jest to prawdziwe plótno grobowe Jezusa. Dzis Kosciól sam je wystawia, a gawiedA tak samo wierzy.

Gdzies w 1357 roku kanonicy z malego kosciólka w Lirey, nieopodal Troyes we Francji, wystawili na pokaz plat lnianego plótna. Mialo to byc autentyczne plótno grobowe, w które zawiniete zostalo cialo Jezusa po zdjeciu z krzyza i na którym odbila sie jego naga postac. Poczatkowo z Francji, a wkrótce z calej Europy, do Lirey naplywaly tlumy, zas do wlascicieli calunu plynal strumien pieniedzy - nie tylko zreszta do nich, bo wokól plótna rozkwitl szybko caly interes: sprzedawano rózne dewocjonalia i pamiatki, w tym olowiane medaliony z podobizna calunu, a trzeba bylo równiez zapewnic nocleg i wyzywienie tysiacom pielgrzymów. Oczywiscie nie darmo. Lirey, malenka miescina, stala sie w krótkim czasie jednym z wazniejszych miejsc chrzescijanskiego swiata.

Na wiesc o pojawieniu sie calunu Jezusa, biskup z pobliskiego Troyes, Henri de Poitiers, wszczal sledztwo. Kanonicy nie poprosili go nawet o zgode na pokazy, co bylo dziwne. Zachodzilo podejrzenie, ze calun jest falszerstwem i ze jego dysponenci nie moga wykazac sie zadnym dowodem pochodzenia plótna. PóAniej bedza twierdzic, ze jego wlascicielem byl sam fundator kosciola w Lirey, dzielny rycerz Geoffrey de Charny - tyle ze Geoffrey juz nie zyl. Tlumaczenie wygodne, ale niewiarygodne. Zachowaly sie bowiem dokumenty, w których rzekomy calun powinien zostac wymieniony, gdyby za zycia Geoffreya juz istnial, ale zaden z nich nawet nie napomyka o plótnie z wizerunkiem Jezusa. Calun musial miec nieczyste pochodzenie. I mial.

Byl tez daleko wazniejszy powód, by wszczac sledztwo, niz samowola kanoników. Biskup i jego otoczenie doskonale zdawali sobie sprawe, ze o tak fenomenalnym swiadectwie nijak nie moglyby milczec ewangelie, pisma Ojców Kosciola i cala chrzescijanska tradycja. A milczaly. Calun musial byc falszerstwem. I byl.

W wyniku biskupiego sledztwa znaleziony zostal twórca calunu i dowiedziano sie od niego, w jaki sposób go wykonal. W zachowanym dokumencie z tamtych czasów, ani ów artysta nie jest wymieniony z imienia, ani, co wazniejsze, nie zostal podany sposób spreparowania plótna - to ostatnie jest dzis natchnieniem dla rozmaitych pomylonych gloszacych autentycznosc calunu, a takze dla nawiedzonych specjalistów, którym kawalek plótna odebral kawal rozumu. Sledztwo biskupa wykrylo nie tylko twórce calunu, ale równiez sprawce calej wystawienniczej afery: okazal sie nim nie kto inny tylko dziekan kosciólka w Lirey, który wystaral sie o falszywa relikwie, aby sciagnac pielgrzymów i podreperowac budzet koscielny. A przy okazji zapewne i swój wlasny.

Kiedy prawda wyszla na jaw, kanonicy zaprzestali pokazów i ukryli plótno. Zdecydowali sie znowu je wystawic w 1389 roku, z tym, ze do procederu przylaczyl sie juz syn Geoffreya de Charny - Geoffrey II. Jesli jednak kustosze plótna mieli nadzieje, ze po trzydziestu kilku latach prawda zostala zapomniana, to sie przeliczyli.

Biskup Pierre d'Arcis - nastepca biskupa, który wykryl oszustwo - takze przyjrzal sie sprawie z bliska i ustalil, ze calun jest falszerstwem. Znal równiez wyniki sledztwa swojego poprzednika i zyli jeszcze swiadkowie tamtej afery, których przesluchal. Zagrozil oszustom ekskomunika i zakazal wystawiania falszywej relikwii. Oszusci odmówili. I podjeli kroki umozliwiajace wystawianie plótna wbrew zakazowi biskupa.

Omotawszy za pomoca klamstw, pólprawd i przemilczen przebywajacego akurat w okolicy kardynala, legata papieskiego, wyludzili od niego pozwolenie na umieszczenie plótna w kosciólku, co interpretowali tak, ze kardynal zezwolil na publiczne pokazy - i pokazy takie urzadzali. D'Arcis zwrócil sie wiec z interwencja do papieza Klemensa VII. Ten jednak, bez zbadania sprawy i bez wysluchania biskupa, nakazal mu w sprawie plótna - na zawsze zamilknac. Ta zastanawiajaca reakcja papieza stanie sie zrozumiala, gdy dowiemy sie, ze wspólnik kanoników, Geoffrey II, byl bliskim krewnym papieza - jego owdowiala matka wyszla ponownie za maz za papieskiego wuja. Sprawa zostala zalatwiona w rodzinie. Geoffrey II zrobil jeszcze jedno: ozenil sie z siostrzenica pewnego biskupa - tego samego, który jako pierwszy wykryl oszustwo! Ozenil sie z nia oczywiscie z milosci.

Geoffrey II zwrócil sie o zgode na wystawianie plótna równiez do króla Francji Karola VI, który podobnie jak kardynal zostal podstepnie wprowadzony w blad i nie tylko udzielil zezwolenia, ale nawet przydzielil królewska gwardia honorowa, by strzegla rzekomej relikwii.

W odpowiedzi biskup d'Arcis przedstawil królowi prawdziwe fakty. Dowiedziawszy sie, ze zostal oszukany, król cofnal zezwolenie na pokazy, wydal nakaz zarekwirowania sfalszowanego plótna i poslal po nie urzednika sadowego. Ale ten calunu nie wydostal. Ówczesny dziekan kosciólka w Lirey (pierwotny winowajca juz nie zyl) odmówil wydania tkaniny i egzekutor wrócil z pustymi rekami.

Biskup d'Arcis ponownie zwrócil sie do papieza - tym razem przedstawiajac mu wszystkie fakty i dowody falszywosci plótna:

"Sprawa, Ojcze Swiety, przedstawia sie nastepujaco. Jakis czas temu dziekan pewnego kosciola kolegiackiego w diecezji Troyes, to jest kosciola w Lirey, kierujac sie chciwoscia i nie powodujac sie w zadnym stopniu poboznoscia, lecz tylko checia zysku, w sposób pelen falszu i z zamiarem oszustwa wystaral sie dla swojego kosciola o pewne plótno chytrze odmalowane, na którym za pomoca pewnej sztuczki szalbierskiej przedstawiono podwójne wyobrazenie mezczyzny, to jest przód i tyl ciala, utrzymujac przy tym falszywie, ze jest to prawdziwy calun, w który nasz Zbawiciel Jezus Chrystus zostal owiniety przed zlozeniem do grobu i na którym podobizna calej postaci Zbawiciela jest odcisnieta wraz ze sladami Jego ran".

"Te opowiastke rozgloszono nie tylko w królestwie Francji, ale, rzec mozna smialo, w calym swiecie, tak ze ze wszystkich stron przybywali ludzie, aby owo plótno zobaczyc. Nie poprzestano na tym i by zwabic jak najwieksze tlumy i wycisnac z nich chytrze pieniadze, postarano sie o rzekome cuda: w tym celu wynajeto pewnych ludzi, aby glosili, ze zostali uzdrowieni w czasie publicznego pokazu calunu, który wedlug ich opinii mial byc calunem naszego Pana".

Biskup uswiadamil równiez papieza, ze juz jego poprzednik na stolcu biskupim, Henri de Poitiers, przeprowadzil w tej sprawie dochodzenie - stwierdzil oszustwo, odnalazl artyste, który spreparowal plótno, a takze dowiedzial sie od niego, w jaki sposób zostalo ono wykonane.

"W koncu, po wnikliwym dochodzeniu i badaniach, wykryl on szalbierstwo oraz sposób, w jaki wspomniane plótno zostalo chytrze odmalowane, zas artysta, który je wykonal poswiadczyl prawde, a mianowicie, ze nie bylo ono uczynione w sposób cudowny, ani tez nam zeslane, lecz bylo dzielem ludzkiej umiejetnosci".

W obliczu przedstawionych dowodów papiez musial przyznac, iz rzekomy calun jest tylko zwyklym plótnem z naniesionym nan przez artyste wyobrazeniem zwlok Jezusa. Czyniac jednak kumoterskie ustepstwo na rzecz krewnego i chcac, by interes dalej sie krecil, zezwolil na pokazy: plótno mialo byc wszakze wystawiane bez swiec, kadzidel i innych celebracji, a na dodatek powinno podczas pokazów byc wyraAnie oglaszane, ze "nie jest to prawdziwy calun naszego Pana", lecz tylko "kopia i wyobrazenie calunu Chrystusa". Zakaz gloszenia prawdziwosci calunu nie byl jednak zadna przeszkoda dla oszustów, którzy juz wczesniej mieli do czynienia z tym problemem i umieli sobie z nim poradzic. Jak bowiem wskazywal biskup d'Arcis:

"...chociaz nie twierdzi sie publicznie, ze jest to prawdziwy calun Chrystusa, niemniej mówi sie to prywatnie i rozglasza halasliwie za granica, tak ze wielu w to wierzy, tym bardziej, ze jak bylo powiedziane wczesniej, o plótnie tym juz za pierwszym razem twierdzono wprost, ze jest prawdziwym calunem Chrystusa. Za sprawa sprytnego sposobu wymawiania tego slowa, nazywane jest ono obecnie w rzeczonym kosciele nie sudarium [plótno grobowe], ale sanctuarium [relikwia], co w uszach zwyklych ludzi, niedostatecznie wrazliwych, by zauwazyc róznice, brzmi prawie tak samo".

W 1395 roku umiera biskup d'Arcis, a trzy lata póAniej Geoffrey II. Na calunowej scenie pozostaje jego córka - Malgorzata de Charny i kanonicy z Lirey. Na razie sa jeszcze wspólnikami, ale ich drogi sie rozejda. Rozgorzeje miedzy nimi walka o plótno.

W roku 1418, kiedy Lirey zostaje zagrozone dzialaniami wojennymi, kanonicy pozwalaja Malgorzacie wywieAc plótno do zamku Montfort. Jej drugi maz, hrabia Humbert, sporzadza wówczas pokwitowanie, w którym spisuje przeznaczone do wywiezienia z Lirey koscielne klejnoty i relikwie, w tym calunowe plótno. Nie pisze o nim, ze jest to autentyczny calun Chrystusa, ale tylko jego "wyobrazenie". Skad hrabia wie, ze nie jest to prawdziwe plótno grobowe Jezusa, chociaz wszyscy wokól tak trabia? Niechybnie od kanoników lub/i od swojej zony. Trudno o bardziej wiarygodne Aródlo.

Po wywiezieniu plótna z Lirey, Malgorzata przez dlugie lata organizowala pokazy i obwozila rzekomy calun po Europie. Wbrew wyraAnemu nakazowi papieza, unikala jednoznacznego oswiadczenia, ze jest to tylko wytwór artysty i tlumy myslaly, ze ogladaja prawdziwy calun Jezusa. Trudno jednak, zeby podcinala sobie galaA, na której siedziala. BadAmy ludAmi.

W 1449 roku plótno zostalo wystawione na pokaz w Chimay, w diecezji Liege, w Belgii. Zaniepokojony krazacymi pogloskami, ze jest to prawdziwy calun Chrystusa, tamtejszy biskup, Jean de Heinsberg, wszczal w tej sprawie dochodzenie: trzecie z kolei w dotychczasowej historii plótna. Powolana przez niego komisja sledcza zazadala od Malgorzaty okazania dowodu pochodzenia relikwii, którego oczywiscie Malgorzata przedstawic nie mogla. Jak relacjonuje ówczesny kronikarz Cornelius Zantfliet, okazala jedynie cztery dokumenty zezwalajace na wystawianie plótna. Wszystkie bez ogródek stwierdzaly, ze jest ono zwyklym dzielem artystycznym, zas Malgorzata mogla jeszcze jedynie dodac, ze plótno zdobyl jej dziadek jako lup wojenny. Jej ojciec natomiast, Geoffrey II, opowiadal co innego: ze jego rodzic otrzymal je od kogos w podarunku. To ostatnie mogloby byc nawet prawda, chociaz jakze przewrotna: dzielny Geoffrey de Charny mógl rzeczywiscie dostac calun w prezencie - od przebieglego dziekana, który zamówil calun u artysty! Jakby nie bylo, pokaz w Chimay sie nie udal. Nie udalo sie równiez póAniejsze wystawienie plótna na zamku Germolles, co sugeruje, ze i tam ktos przyjrzal sie blizej rzekomej relikwii. Czujac sie osaczona i bedac juz w sedziwym wieku, Malgorzata postanowila sprzedac plótno.

Naiwnym nabywca zostal bogaty ksiaze Ludwik I Sabaudzki, który w 1453 roku za kawalek plótna oddal zamek Varambon oraz dochody z dworu i miasta Miribel - transakcja, za która Malgorzata de Charny powinna znaleAc sie w Ksiedze Rekordów Guinnessa. Oczywiscie kanonicy podniesli larum, ale mimo wygrywanych w sadach spraw o zwrot ich wlasnosci i nalozenia na Malgorzate ekskomuniki przez sad w Besançon, nigdy juz plótna nie odzyskali. A pozbawiony wplywów z jego wystawien kosciólek w Lirey obrócil sie w ruine.

Kilkanascie lat póAniej prawdziwe pochodzenie falszywego calunu zacznie juz odchodzic w niepamiec i papiez Sykstus IV oswiadczy, ze jest to autentyczne plótno grobowe Chrystusa: "Calun, w który zostalo zawiniete cialo Chrystusa tuz po zdjeciu z krzyza, przesiakniety i ubarwiony krwia Jego, przechowuja obecnie z wielka czcia ksiazeta sabaudzcy".

Sabaudowie wystawiali plótno przy róznych okazjach - nie tylko w Chambéry, gdzie bylo jego stale miejsce, ale równiez w innych miastach Sabaudii. W 1506 roku papiez Juliusz II ustanowia nawet specjalne swiete calunowe w dniu 4 maja, którego obchody rozszerzy póAniej Leon X na cala Sabaudie. Nie bedzie juz nakazu gloszenia, ze jest to tylko dzielo artystyczne, jak przykazal Klemens VII, lecz przeciwnie: plótno jest wystawiane jako prawdziwy calun Jezusa, z cala pompa i celebracja odpowiednia dla tak wspanialej relikwii.

W 1578 roku plótno zostaje przeniesione do Turynu, gdzie co jakis czas beda odbywac sie jego wystawienia, i pozostanie tam do czasów nam wspólczesnych. Na koniec, jako dar dla papieza Jana Pawla II, powedruje do Watykanu, który bedzie je uroczyscie wystawial, przyciagajac, jak w sredniowieczu, cale tlumy - tyle ze nieporównywalnie wieksze. I tak samo jak w Ciemnych Wiekach, gawiedA bedzie wierzyc, ze jest to prawdziwe plótno grobowe Jezusa.

Im bardziej oddalamy sie od czasów spreparowania plótna i wykrycia oszustwa, tym bardziej rosnie oficjalna wiara w prawdziwosc falszywego calunu. W 1936 roku papiez Pius XI stwierdza, ze plótno jest autentycznym calunem Jezusa, gdyz "z wszelka pewnoscia nie zostalo uczynione reka ludzka". Widac wiedzial lepiej od samego artysty. W 1973 roku, podczas pierwszej prezentacji calunu turynskiego w telewizji, papiez Pawel VI zawola: "Jakie to szczescie zobaczyc Jezusa, Jego, Jego samego! Patrzcie, ani czas, ani przestrzen nie pozbawily nas tej szczesliwosci". Biedna, zblakana owieczka. Nieco roztropniej postepuje Jan Pawel II. Posluguje sie wprawdzie terminem "relikwia" i mówi, ze plótno jest swiadkiem zmartwychwstania Jezusa, co sugeruje, ze jest ono autentyczne, ale przynajmniej od czasu do czasu uzywa trybu warunkowego w rodzaju - jesli wierzyc badaczom plótna. Zobaczmy wiec, co maja do powiedzenia badacze-calunisci?

Obraz na plótnie jest negatywem, a poniewaz fotografie wynaleziono dopiero w czasach wspólczesnych, negatywowy obraz nie mógl powstac w sredniowieczu, przed jej wynalezieniem. Hola, hola!

Obrazy negatywowe byly mozliwe do wykonania nie tylko w sredniowieczu, ale powstawaly juz kilkadziesiat tysiecy lat wczesniej. Na scianach prehistorycznych jaskin znajduja sie odciski pokrytych farba dloni ludzkich, które charakteryzuja sie taka sama nagatywowoscia, jak postac na plótnie turynskim. W starych zielnikach znajduja sie odbicia roslin takze bedace negatywami. Negatywowosc mozna uzyskac równiez na wiele innych sposobów. Na przyklad nalozyc tkanine na znaleziony sredniowieczny medalion przedstawiajacy calun turynski i wetrzec w nia sproszkowany barwnik, otrzymujac negatywowy wizerunek medalionu. Metode te, sluzaca do odwzorywania plaskich przedmiotów, stosowano w dawnych czasach na sucho i na mokro. Negatywowe odbitki mozna ogladac w gotyckim opactwie Westminster Abbey w Anglii: sa to robione olówkiem papierowe nacieranki sluzace do odwzorowywania plyt nagrobnych. Chinczycy poslugiwali sie nacierankami, wytwarzajac negatywy juz w II wieku, zas w Europie ta metoda poslugiwano sie co najmniej od XII stulecia do wykonywania przeróznych reprodukcji. Sredniowieczni artysci wykonywali swoje dziela zreszta takze od razu w negatywie, i to nawet portretujac Jezusa, jak dowodzi tego XI wieczna mozaika znajdujaca sie w greckim klasztorze Hesios Lucas. Koncepcja negatyw/pozytyw jest znana i stosowana przez ludzi od dawien dawna: opiera sie na niej wyrób pieczeci do glinianych tabliczek, odlewanie plaskorzeAb za pomoca formy, druk i wytwarzanie szablonów. Najsmiejszniejsze jest zas to, ze calunisci paplajacy o niemozliwosci wytworzenia negatywów bez udzialu fotografii sami je niechcaco wytwarzaja metoda niefotograficzna: kiedy zostawiaja odciski swoich stóp w mokrej ziemi! A co powiecie na dinozaury - one tez zostawialy negatywowe odciski swoich lap w mokrym piachu. Jest oczywiscie i sposób, którym posluzyl sie artysta, chytrze tworzac swoje plótno, ale jak zostal zrobiony calun turynski - o tym powiemy póAniej.

Kiedys pewien badacz, o równie lotym jak u calunistów umysle, znalazl na skalach starozytne rysunki ludzkich szkieletów i zdumial sie, skad przed wynalezieniem przeswietlen rentgenowskich ludzie wiedzieli jak wyglada ludzki szkielet. Calunisci koniecznie powinni go poznac.

Odbicie na calunie turynskim jest doskonalym negatywem fotograficznym... czyli mocniejsza wersja paplaniny o niemozliwym negatywie.

Obraz na calunie nie jest negatywem fotograficznym. Jest co innego. Stopien zaciemnienia obrazu na plótnie jest odwrotnie proporcjonalny do odleglosci miedzy plótnem a tym, co pod nim sie znajdowalo. Czyli te partie rzekomego ciala, które znajdowalyby sie blizej plótna, na przyklad wystajacy w góre nos, oddane bylyby na plótnie ciemniej, zas bardziej oddalone bylyby jasniejsze, przy czym zmiany intensywnosci zaciemnienia odznaczaja sie proporcjonalnoscia: o ile blizej plótna znajduje sie jakas czesc ciala, o tyle ciemniejsze jest jej odbicie na plótnie. Nie ma to nic wspólnego z negatywem fotograficznym, który takiej cechy nie wykazuje. Stopien zaczerniania kliszy nie jest uzalezniony od odleglosci miedzy aparatem fotograficznym a odlegloscia od fotografowanego obiektu, czyli nos fotografowanej osoby nie bedzie intensywniej zaczerniony na kliszy dlatego, ze znajduje sie blizej aparatu niz usta - moze byc nawet na odwrót. Stopien zaczernienia kliszy zalezy od czegos innego: od barwy fotografowanego obiektu i od wspólczynnika odbicia swiatla przez obiekt. Jesli wiec sfotografujemy nagie cialo, to stopien zaczernienia nagatywu bedzie zalezal wylacznie od barwy ciala i od wspólczynnika odbicia oden swiatla, i nie bedzie mial nic wspólnego z topografia ciala, czyli z jego rzeAba.

Nie bedac negatywem fotograficznym, obraz na plótnie nie moze byc tym bardziej fotonegatywem doskonalym, jak twierdza calunisci. Doskonale jest tu co innego: ich ignorancja i glupota.

Na calunie turynskim wykryto pylki roslin rosnacych na Bliskim Wschodzie, co dowodzi, ze jest to plótno grobowe Chrystusa. Ani nie dowodzi, ani dowodzic nie moze.

Glównym poszukiwaczem pylków roslinnych na calunie turynskim byl szwajcarski kryminalistyk Max Frei. Jego raport nie jest naukowo wiarygodny, poniewaz nie trzymal sie standardów obowiazujacych w nauce - nie stosowal na przyklad próbek kontrolnych. Zawodowi palinolodzy, czyli specjalisci od pylków, ostro Freia skrytykowali i uznali jego wyniki za pozbawione wiarygodnosci. Byl tez Frei badaczem naiwnym jak dziecko: uznal za prawdziwe pamietniki Hitlera, poniewaz byly pisane ta sama reka, co listy wodza Rzeszy. Pewnie, ze ta sama - skoro napisali je i dostarczyli mu ci sami oszusci, którzy sfalszowali pamietnik! Frei pobieral próbki za pomoca malych kawalków tasmy przylepnej, przez co wyniki nie sa wazne statystycznie. W przeciwienstwie do jego twierdzen, ze na plótnie wykryl mnóstwo pylków, póAniejsze badania slawetnego STURPU-u (Projekt Badan Calunu Turynskiego) nie wykryly duzych ilosci pylków, choc i STURP byl nie lepszy: wyniki jego badan pylkowych tez nie sa reprezentatywne. Powinno sie uzyc wielkich platów przylepnych, by zostalo pokryte cale plótno, i badanie powinni wykonac zawodowi palinolodzy. Frei nie byl palinologiem, a i w STURP-ie takiego specjalisty nie bylo. Pylków poszukiwali póAniej takze inni badacze calunowi, ale w sensie dowodowym nadal nic z tego nie wynika - i wynikac nie moze. Zobaczmy dlaczego?

Sa na calunie turynskim pylki roslin z Bliskiego Wschodu - dobrze. No i co z tego? Nie konstytuuje to dowodu, ze dostaly sie na plótno akurat w I wieku nowej ery. Mogly zostac przeniesione w sredniowieczu na ubraniach pielgrzymów, którzy przybywali na pokazy plótna niemal "z calego swiata". Troyes, w poblizu którego pojawil sie calun, slynelo z handlu tkaninami i ze swoich targów tekstylnych. Równie dobrze plótno moglo zostac przywiezione przez kupców, czyli pochodzic z bliskowschodniego importu - i stad tamtejsze pylki. Tyle o zapylonym mysleniu calunistów na temat pylków.

Na calunie jest krew, co dowodzi, ze plótno jest prawdziwe. Ejze! Nawet gdyby - calun i tak moze byc falszerstwem.

Rzekome plamy krwi na calunie zgadzaja sie z ewangelicznym przekazem o ukrzyzowaniu Chrystusa. Sa tam, gdzie byc powinny: na nadgarstku, na stopie, w miejscu zranionym wlócznia i sa struzki krwi na glowie od korony cierniowej. Sa takze slady po biczowaniu, a nawet otarcie skóry na barku od niesienia krzyza, jak dopatrzyli sie majacy najlepszy wzrok calunisci - bo ci z gorszym tego nie dostrzegli. Ma to ich zdaniem dowodzic, ze pod plótnem naprawde lezal Jezus, bo wszystko tak pieknie sie zgadza z opisem biblijnym. Jak sie ma nie zgadzac, skoro artysta robil swoje plótno "z Biblia w reku"? Robil calun biblijnego Jezusa, to na czym mial sie wzorowac, jak nie na Biblii?!

Plamy "krwi" sa podejrzane juz na pierwszy rzut oka, gdyz wygladaja, "jak z obrazka". Ale jest z nimi jeszcze cos niedobrego: na wlosach postaci widac strumyki krwi. Prawdziwa krew na wlosach tak sie nie zachowuje. Nie tworzy strumyczków, lecz po prostu wsiaka we wlosy i je zlepia. Wie o tym kazdy, kto rozbil sobie kiedys czaszke i powinni o tym wiedziec równiez calunisci. Sadzac bowiem po ich calunowych majaczeniach, musieli kiedys upasc na glowe z wysokosci co najmniej równej dlugosci calunu turynskiego.

Zamiast zainteresowac sie podejrzanym wygladem "krwi", calunisci zliczaja slady po biczowaniu, twierdzac przy tym, ze sredniowieczny artysta nie mógl wiedziec, jak wygladal rzymski bicz zwany flagrum, którego uderzen na wizerunku sie dopatrzyli. Powinni sobie poczytac o meczenstwie chrzescijan, gdzie czesto mowa jest o flagrum albo obejrzec sredniowieczne malowidla, na których widnieje to narzedzie. Sredniowieczny artysta mógl tez zobaczyc flagrum wychodzac na ulice, a nawet je sobie kupic: w polowie XIV stulecia, dokladnie w czasie, kiedy pojawil sie calun turynski, rozpowszechnione byly procesje samobiczowników, uzywajacych tego wlasnie rodzaju biczy. Oj, nie za mocni sa calunisci takze w historii sredniowiecza. Powiadaja równiez, ze prócz paru malarzy zaden sredniowieczny twórca nie ukazywal przybitych do krzyza nadgarstków, lecz dlonie. Alez ukazywal, ukazywal, co najmniej jeszcze jeden: ten, który zrobil calun turynski. A kto w ogóle mówi, ze plótno zrobil artysta malujacy przebite dlonie? Zrobil je taki, który wolal przebite nadgarstki - co dowodnie widac to na calunie turynskim.

Z uplywem czasu prawdziwa krew ciemnieje, przechodzac od brazu prawie do czerni. Plamy rzekomej krwi na calunie sa czerwone. Krew po wiekach tak nie wyglada, ale wyglada za to co innego: farba. I farba na niby zakrwawionych miejscach sie rzeczywiscie sie znajduje.

Tworza ja trzy pigmenty malarskie: ochra czerwona, cynober i czerwien krapowa. Wykryl je Walter McCrone, jeden z najlepszych mikroanalityków na swiecie. "Wypedzono" go ze STURP-u za niesubordynacje, choc byl jednym z nielicznych nie nawiedzonych czlonków tej grupy.

O ile McCrone poszukiwal pigmentów malarskich, to inni szukali sladów krwi na plótnie. Wiekszosc badan na obecnosc krwi wykonano jednak nie za pomoca testów specyficznych (tylko dla krwi), lecz za pomoca metod niespecyficznych, czyli posrednich, na przyklad poszukujac porfiryn, które wystepuja nie tylko we krwi, ale takze w substancjach pochodzenia roslinnego i zwierzecego, jak chocby w czerwieni krapowej i w kolagenie zwierzecym, które wykryl McCrone na calunie. To samo tyczy bilirubiny i albuminy tez obecnych w srodkach malarskich uzywanych w sredniowieczu.

Poszukujac krwi, wykonano wiele badan, a ich wyniki sa sprzeczne: jedni donosza, ze krwi na calunie turynskim nie ma, zas inni - ze jest. Jakie jednak znaczenia mogloby miec wykrycie krwi dla ustalenia autentycznosci plótna? Zadnego! Plótno moglo zostac specjalnie poplamione krwia przez falszerza. Mógl nalozyc i krew i pigmenty. Mógl wymieszac krew z farba. Plótno moglo zostac podretuszowane krwia równiez przez kogos innego w czasach póAniejszych. Krew na calunie turynskim nie jest w stanie dostarczyc dowodu, ze jest on prawdziwym plótnem grobowym Jezusa. Z krwia czy bez niej - calun moze byc falszerstwem.

Prawdopodobienstwo, ze na calunie turynskim przedstawiony jest nie Jezus, ale ktos inny jest niewyobrazalnie niskie - czyli wariacje calunistów na tematy statystyczne.



[Rozmiar: 36736 bajtów]





Dwa całuny dwie prawdy ...




Który z całunów jest prawdziwy ?




Co mówią Uczeni ...?

ODKRYCIE TURYŃSKIEGO ADWOKATA

 

"Kiedy podczas pracy
w ciemni po raz
pierwszy ujrzałem na
płycie Święte Oblicze,
przeżyłem tak silne
wzruszenie
że skamieniałem!"

 

 

Adwokat Secondo Pia był znanym włoskim fotografem. Za zgodą króla Umberto 28 maja 1898 r. miał możliwość wykonania pierwszej w historii fotografii Całunu Turyńskiego. Zrobił dwa zdjęcia naświetlając klisze odpowiednio 14 i 20 minut. Podczas wywoływania kliszy w pewnym momencie ukazała się jego oczom twarz człowieka.

Odkryty wizerunek mężczyzny, a szczególnie obraz twarzy był zdecydowanie wyraźniejszy na kliszy niż oglądany na samym Całunie. Ujawniły się szczegóły anatomiczne postaci, zupełnie niewidoczne bezpośrednio na płótnie.

Specjaliści z zakresu medycyny sądowej nie mieli wątpliwości - przedstawiony dowód rzeczowy wskazywał, iż osoba zawinięta w płótno poddana została niewyobrażalnej kaźni...

Na podstawie analizy Całunu można z całą pewnością stwierdzić, że człowiek weń spowity umarł śmiercią krzyżową.



Przebite nadgarstki

Gwoździe wbito w przeguby, w pustą przestrzeń pomiędzy kośćmi nadgarstka, zwaną "szczeliną Destota". Jest to sprzeczne z tradycyjnymi przedstawieniami sceny Ukrzyżowania, w których gwoździe znajdują się w zagłębieniach dłoni. Tkanki w tym miejscu nie są dostatecznie mocne, aby utrzymać skazańca.


Przykurcz kciuków

Komputerowa analiza zdjęć ujawniła, iż dłonie postaci z Całunu nie posiadają widocznych kciuków. Francuski chirurg Pierre Barbet przekłuwając wielokrotnie przestrzeń pomiędzy kośćmi w przegubie amputowanego przedramienia, za każdym razem obserwował podobne zjawisko - przykurcz kciuka w wyniku podrażnienia nerwu pośrodkowego. Konsekwencją musiał być straszliwy ból, który towarzyszył skazańcowi aż do śmierci.




Stopy przybite jednym gwoździem

Doktor Pierre Merat wykazał, że stopy ukrzyżowanego z Całunu, ułożone lewa na prawej, zostały przebite jednym gwoździem, który przebił kość stopy.

Śmierć przez uduszenie

Ślady krwi spływającej pod kątem 65 bądź 55 stopni, po lewym przedramieniu, umożliwiają odtworzenie straszliwych cierpień ukrzyżowanego. Co pewien czas skazaniec usiłował unieść się dla zaczerpnięcia powietrza, opierając się przy tym na przybitych do krzyża stopach. Na kilka chwil kąt nachylenia ramion zmieniał się, co umożliwiało oddychanie. Wkrótce jednak ból oraz zmęczenie zmuszały go do ponownego opadnięcia. Ukrzyżowany przyjmował na przemian te dwie pozycje, aż do całkowitego wycieńczenia. Wreszcie, kolejny rozpaczliwy zryw konającego człowieka był ostatnim. Umierał przez uduszenie.


Przeprowadzone badania wykazały, że człowiek, który został spowity w Całun, przeżył straszliwe męczarnie. Doliczono się blisko 600 ran i obrażeń. Naukowcy stwierdzili, że rodzaj i umiejscowienie śladów krwi na Całunie odpowiada wielu faktom zanotowanym na kartach ewangelii



Cierniowa korona

Na Całunie widać wiele śladów ran głowy. Jeden z nich - na czole -jest szczególnie wyraźny. Ma kształt greckiej litery epsilon, co wynika ze skurczu mięśni twarzy spowodowanego bólem. Ponadto odkryto wiele miejsc perforacji skóry pod włosami, powodującej charakterystyczne krwawe wysięki. Wbrew obiegowym opiniom korona cierniowa przypominała bardziej czapę czy kask, który opinał całą głowę, aniżeli znany z ikonografii wianuszek. Doliczono się 13 ran na czole i 20 z tyłu. Biorąc pod uwagę, że Całun nie stykał się bezpośrednio z bokami głowy, szacuje się, że urazów mogło być około 50.


Ślady bata







Plecy noszą ślady wielu uderzeń. Pierwszą grupę stanowią drobne ślady ułożone w formie wachlarza obejmującego plecy oraz szczytowe partie klatki piersiowej z przodu. Skazaniec musiał być bity rzymskim batem flagrum taxillarum. Rzemienie zakończone kawałkami metalu w kształcie połączonych ze sobą dwóch kulek zwanych plumbatae lub kostkami przecinały skórę przy każdym uderzeniu. Tego typu narzędzie chłosty było używane tylko przez Rzymian. Doliczono się 120 ran. Analiza komputerowa pozwoliła stwierdzić, iż kaźni dokonywało dwóch ludzi, różniących się znacznie wzrostem. Kara miała charakter "skarcenia" i dotyczyła osób, które zamierzano uwolnić pobiwszy je wcześniej prawdopodobnie aż do omdlenia.


Niesienie krzyża



Na prawym ramieniu człowieka z Całunu widnieje prostokątny cień o wymiarach 10 cm na 17,5 cm oraz drugi poniżej o szerokości 12 cm. Sińce mogły powstać na skutek nacisku i tarcia twardego, ciężkiego przedmiotu o ramię. Niektórzy naukowcy uważają, iż skazani na śmierć krzyżową nie nieśli całego krzyża, a tylko jego poziomą belkę zwaną patibulum, którą montowano później na pionowym słupie, pozostającym na stałe w miejscu krzyżowania.


Podzielili szaty?




 

 

Całun Turyński, to lniane grobowe prześcieradło o wymiarach 436 x 110 cm, na którym widnieje wizerunek zmasakrowanych zwłok mężczyzny. Czy w to płótno było zawinięte ciało Jezusa z Nazaretu?

Na to pytanie nauka nie udzieliła do dzisiaj jednoznacznej odpowiedzi. W 1988 r. świat obiegła sensacyjna wiadomość, że tkanina pochodzi z XIII lub XIV w. Obecnie poważnie kwestionuje się zastosowanie metody węgla C'", którym określono średniowieczne pochodzenie Całunu. Pojawiają się coraz to nowsze odkrycia, hipotezy i przypuszczenia.

Fakty na temat Całunu, które zostały w sposób definitywny ustalone, są następujące: Mężczyzna owinięty w grobowe płótno był wysoki, dobrze zbudowany, nosił brodę i długie włosy. Umarł w wyniku uduszenia się po przybiciu go gwoździami do krzyża Na jego całym ciele widnieją liczne rany, plecy noszą ślady ubiczowania, prawy bok jest przebity ostrym narzędziem...

Bez względu na to jakie będą dalsze wyniki badań naukowych, przyglądając się wizerunkowi człowieka z Całunu, możemy wiele dowiedzieć się o samym Chrystusie, a zwłaszcza o Jego ostatnich chwilach życia. Patrząc na Całun możemy wyraźnie zobaczyć z jakim okrucieństwem został pobity i zamordowany Jezus. On - Bóg Wszechmocny, który pozwolił się aż tak poniżyć.

To świadectwo niezmierzonego cierpienia udokumentowanego na Całunie, sprawia, że miłość Tego, który tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał" (J 3,16), staje się niemal namacalna (...) W obliczu takiego cierpienia człowiek wierzący musi zawołać z głębokim przekonaniem: "Panie, nie mogłeś umiłować mnie bardziej!", a zarazem uświadomić sobie, że przyczyną tego cierpienia jest grzech: grzech każdego człowieka. (...) W cichym przesłaniu Całunu człowiek słyszy echo Słowa Bożego i wielowiekowego doświadczenia chrześcijańskiego: Uwierz w miłość Boga - największy skarb ofiarowany ludzkości, i unikaj grzechu, który jest największym nieszczęściem ludzkich dziejów." (Jan Paweł II).

Jezus umarł na Krzyżu, ale trzeciego dnia zmartwychwstał! Jezus żyje!

P.S.
Niniejszy numer został oparty w dużej mierze na wydaniu specjalnym francuskiego czasopisma "IL EST VIVANT" (nr 149) opracowanym przez zespół specjalistów z Międzynarodowego Centrum Badań nad Całunem Turyńskim (CIELT). Dziękujemy ks. prof. Jerzemu Chmielowi, przewodniczącemu Studium Syndonologicznego przy Polskim Towarzystwie Teologicznym w Krakowie, za konsultacje podczas pracy nad tym numerem oraz udostępnienie unikalnego zdjęcia Całunu.

SYLWESTER SZEFFER

na


ru

Tkanina pochodząca z Bliskiego Wschodu, zwana popularnie "Świętym Całunem", "Syndonem" (od gr. sindon - rodzaj "lnianego płótna z Indii", nazywanym wówczas Sindhu) lub "Całunem Turyńskim" jest lnianym płótnem o długości 4 m 36 cm i szerokości 1 m 10 cm.

Posiada rzadko spotykany, diagonalny ("jodełkowy") splot. Każdy wątek przebiega na przemian pod jedną i nad trzema nitkami osnowy. Skręt przędzy jest przeciwny do uzyskiwanego w sposób naturalny podczas suszenia. Wynika to z użycia do tkania dwóch wrzecion, techniki dość często używanej w starożytności na Bliskim Wschodzie. Wyszukana faktura tkaniny świadczy o jej kosztowności. Ten bowiem rodzaj splotu stosowano w tamtym okresie głównie w tkaninach jedwabnych. Odkryte w materiale śladowe ilości włókien bawełny gossypium herbaceums stanowiły prawdopodobnie resztki pozostałe na warsztacie z poprzednich prac. Ta odmiana rośliny jest typowa dla Bliskiego Wschodu, tym bardziej że bawełna nie była uprawiana w Europie.

Pas doszytej tkaniny

Wzdłuż całego płótna widać doszyty pas materiału o identycznym splocie, nieco krótszy od reszty. Różne hipotezy dotyczące jego przeznaczenia nie przeszkadzają w stwierdzeniu, iż tylko dzięki niemu wizerunek na Całunie znajduje się w osi tkaniny.


CAŁUN POŚMIERTNY

Przed włożeniem do grobu Żydzi zawijali ciało zmarłego. Układano je wzdłuż tkaniny, na jednym z jej skrajów i przykrywano pozostałą połową. Następnie obwiązywano w dwóch lub trzech miejscach. Doskonale obrazuje to namalowany w XVII w. obraz G.B. della Rovere.

Tkanina pełniła w ten sposób potrójne zadanie: prześcieradła, okrycia i chusty, którą obwiązywano głowę. Jeżeli bowiem zmarły chowany był w odświętnych szatach, głowę obwiązywano oddzielną chustą, a opaskami unieruchamiano kończyny (Por. J 11,44).


Ślad pożaru

Na Całunie można rozróżnić. linie złożenia, ślady nadpaleń, a także zacieki powstałe na skutek zamoczenia tkaniny. Wiadomo, iż podczas pożaru kaplicy zamku książąt Sabaundii Chambery w 1532 roku, pod wpływem bardzo wysokiej temperatury, srebrny relikwiarz, w którym znajdowała się tkanina, nadtopił się w jednym z narożników. Złożony w czterdzieści osiem warstw Całun doznał uszczerbku. Wzdłuż linii brzegowych powstały dwa ciągi otworów załatanych dwa lata później przez klaryski. Przy okazji lewą stronę tkaniny wzmocniono sztuką holenderskiego płótna.


Wizerunek mężczyzny

Tkanina ukazuje słabo widoczny zarys ciała mężczyzny, stanowiący wizerunek o cechach negatywu, wyraźniejszy jedynie w miejscach, gdzie dotykało ono płótna. Liczne brunatne plamy przywodzą na myśl krew, ślady potu i innych płynów fizjologicznych.

Analiza krwi

Analiza czerwonobrunatnych plam z Całunu, znajdujących się w miejscu ran, wykazała obecność krwi grupy AB Rh+, Większość plam ma bardzo wyraźne kontury, co oznaczałoby, że skrzepy musiały być suche i nienaruszone.

WARKOCZ

Uwagę badaczy przykuł pewien szczegół - długie pasmo włosów widoczne z tyłu głowy, na grzbietowym wizerunku postaci. Obraz sprawia wrażenie odbicia rozplecionego warkocza. Ten-nieznany artystycznym przedstawieniom Jezusa - rodzaj uczesania, był według niemieckiego uczonego H. Grossmana bardzo popularny wśród Żydów. Również biblista Daniel Rops twierdzi, iż nosili oni włosy "zwinięte albo splecione pod nakryciem głowy, za wyjątkiem dni świątecznych". Człowiek z Całunu mógł więc być Żydem.

W JAKI SPOSÓB CIAŁO ZOSTAŁO WYJĘTE Z CAŁUNU

Na Całunie nie widać żadnego śladu wyrwania ani włókników krwi, ani włókien lnu.Przeprowadzane wielokrotnie próby zdjęcia podobnej tkaniny z zakrwawionych zwłok pokazały, że niemożliwością jest otrzymanie tak nienaruszonego i wyrazistego odbicia.

Dopóki krew nie była zaschnięta, plamy zlewały się; po zaschnięciu na tkaninie pozostawały zawsze ślady odrywania. Na Całunie widać wyraźne ślady krwi i brak uszkodzeń, czego nie da się wyjaśnić naukowo ani odtworzyć laboratoryjnie.

Stoimy wobec nierozwiązanego problemu: w jaki sposób ciało mogło zostać wyjęte z lnianej tkaniny bez  naruszenia

______________________________________________________________________________